Nowość

Z wysokich Andów. Listy z Oruro

  • Książka siostry Gabrieli, to przede wszystkim osobisty zbiór doświadczeń Misjonarki, która chce całym sercem służyć Bogu i ludziom w Boliwii. Zebrane listy pisane do tych, którzy pozostali w Polsce w przepiękny sposób wprowadzają..
26,00 zł
/ szt. brutto + koszty wysyłki

Łatwy zwrot towaru

Kupuj i sprawdź spokojnie w domu. W ciągu 14 dni możesz zwrócić ten towar bez podania przyczyny.
Pokaż szczegóły
14 dni na zwrot
Najważniejsza jest Twoja satysfakcja z zakupów. Zamówione u nas produkty możesz zwrócić w ciągu 14 dni bez podania przyczyny.
Bez stresu i obaw
Dzięki integracji naszego sklepu z tanimi zwrotami Poczty Polskiej kupujesz bez stresu i obaw, że zwrot zakupionego towaru będzie problematyczny.
Darmowy zwrot
Przy zwrocie towaru, pokryjemy koszt przesyłki zwrotu.

Ten towar jest dostępny w naszych sklepach

Możesz kupić ten produkt bez składania zamówienia internetowego w jednym z naszych sklepów w Twojej okolicy. Sprawdź w których punktach produkt jest dostępny od ręki.
Sprawdź dostępność

Kup na raty

mBank mRaty Kup na Raty od 0,71 zł miesięcznie
mBank mRaty bez wychodzenia z domu. Łatwo i szybko jak zakupy przez internet. Dostępne dla zakupów o łącznej wartości od 300.00zł do 20000.00złNota prawna
Koszty kredytu:
Reprezentatywny przykład dla pożyczki mRaty: Rzeczywista roczna stopa oprocentowania (RRSO) wynosi 23.16% całkowita kwota kredytu (bez kredytowanych kosztów) 1500 zł całkowita kwota do zapłaty 1659.12 zł oprocentowanie nominalne zmienne 10% w skali roku całkowity koszt kredytu 159.12 zł (w tym: prowizja a udzielenie pożyczki 75 zł 8211 5% odsetki 84.12 zł) 10 miesięcznych rat równych w wysokości po 164.81 zł rata ostatnia: 164.80 zł. Kalkulacja została dokonana na dzień 06.06.2016. na reprezentatywnym przykładzie.

Nota prawna:
RRSO: Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania. Pożyczkę mRaty w mBanku możesz otrzymać przez internet bez wychodzenia z domu. Przyznanie pożyczki mRaty zależy od oceny Twojej zdolności kredytowej przez mBank S.A. Niniejszy materiał nie stanowi oferty w rozumieniu Kodeksu cywilnego i ma charakter wyłącznie informacyjny. Jeśli będziemy musieli poprosić Cię o dokumenty dochodowe (potwierdzające Twój dochód z tytułu umowy o pracę umowy o dzieło/zlecenie kontraktu zawodowego lub emerytury) o sposobie ich dostarczenia poinformujemy Cię mailem po podjęciu wstępnej decyzji kredytowej. Dokumenty potwierdzające Twój dochód będziesz mógł przesłać do nas mailowo. Szczegółowe informacje w tym warunki i opłaty związane z pożyczką mRaty są określone w: Taryfie prowizji i opłat bankowych dla osób fizycznych w ramach bankowości detalicznej mBanku S.A. dostępnej nahttp://www.mbank.pl/pobierz/oplaty/taryfa-osobyfiz.pdf Regulaminie udzielania mPożyczki dla osób fizycznych w ramach bankowości detalicznej mBanku S.A. dostępnym nahttp://www.mbank.pl/download/mkredyty/mkredyty/regulamin-mkredyt.pdf

Książka siostry Gabrieli, to przede wszystkim osobisty zbiór doświadczeń Misjonarki, która chce całym sercem służyć Bogu i ludziom w Boliwii. Zebrane listy pisane do tych, którzy pozostali w Polsce w przepiękny sposób wprowadzają w pracę misyjną, pokazując zwykłe, codzienne chwile, jak i zachwyt Bogiem który nieustannie kocha i prowadzi.
Czytając poszczególne strony książki, łatwiej można zrozumieć misjonarzy. Ich troski i radości ukazywane są z ogromną prostotą i szczerością. Myślę, że będzie to dobra pomoc zarówno dla tych, którzy chcą wyjechać na misje, jak i tych, którzy nieustannie misję wspierają.
Czytając listy siostry Gabrieli, mogłem na nowo przeżywać także swoją obecność w Ameryce Południowej, gdzie dane mi było z ekipą głosić Słowo Boże.

Ks. Rafał Jarosiewicz
Dyrektor Szkoły Nowej Ewangelizacji
Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej

Z KSIĄŻKI:

Wstęp

Boliwia, kraj w Ameryce Południowej, który wydaje się być coraz bardziej znany w Polsce, dzięki dużej grupie misjonarzy, wolontariuszy oraz tych, którzy tam założyli rodziny, pracują i mieszkają na stałe. Kraj ubogi materialnie, ale bogaty kulturowo z urzekającą i dziewiczą przyrodą. Jak niektórzy mówią, kraj wielu „naj”: największe solnisko świata, zwane Salar de Uyuni, najwyżej położone żeglowne jezioro świata – Titicaca, lotnisko w El Alto i oczywiście najwyżej położona stolica świata – La Paz.
Boliwię odróżniają od pozostałych państw Ameryki Południowej jej mieszkańcy. Zamieszkiwana jest przez dwa główne plemiona indiańskie – Kechua i Aymara – oraz kilka mniejszych. Kechua to potomkowie Inków do dziś zachowujący swą kulturę, muzykę, wierzenia, a nawet stroje. Ludność zamieszkująca wysokie góry – gdzie pracowałam – jest mało przystępna, zamknięta w sobie, w przeciwieństwie do mieszkańców tropiku, którzy są otwarci, bardziej radośni. Są to na ogół biedni, ciężko pracujący Indianie, którym przyszło żyć w bardzo trudnych warunkach przyrodniczych, do których doskonale się przystosowali. Choć w wioskach wydaje się, że czas się zatrzymał, bo domy budowane są z adobe, czyli z suszonego w słońcu błota, pola obrabiane wolami, a dzieci idą do szkoły w butach zrobionych z opon samochodowych, to do miast dotarła już cywilizacja w formie komputerów, Internetu, telefonów komórkowych itp.
Mówiąc o ich wierze, trzeba zaznaczyć, że jest w niej wiele synkretyzmu. Rozwija się tu ogromny kult Matki Bożej – mówi się, że podczas karnawału w Oruro, gdzie mieszkałam, nawet diabły tańczą dla Matki Bożej – a także świętych, szczególnie św. Jakuba Apostoła, a do tego istnieje wielki kult zmarłych. Swoją wiarę wyrażają przez cześć dla figurek, tańcem, a nawet spożywaniem alkoholu. Bardzo ważne dla nich jest składanie ofiar, szczególnie dla pachamamy, czyli Matki Ziemi. Uważają, że oni muszą złożyć jej ofiarę, by ta w zamian dała im plony. To pokazuje, że często siły natury traktują jako Boga. Wiele z tych wierzeń i tradycji jest bardzo pięknych, ale wymagają one oczyszczenia i ewangelizacji.
Kraj ten, bogaty niewyobrażalnej urody krajobrazami, skarbami spuścizny kolonialnej, barwnymi tubylczymi kulturami oraz pozostałościami po tajemniczych cywilizacjach przeszłości, jest jednym z najbardziej spokojnych i gościnnych w Ameryce Południowej, co czyni zeń wymarzony cel wypraw turystycznych.
Ale ja oczywiście nie dotarłam tam dla celów turystycznych, choć niewątpliwie co jakiś czas miałam okazję podziwiać piękno różnych zakątków Boliwii. Jak to się stało, że znalazłam się w Ameryce Południowej, a konkretnie w Boliwii?
Moje powołanie misyjne, jak pamiętam, wzrastało w moim sercu od dzieciństwa. Przy posłaniu misyjnym mój brat Adam przypomniał mi, że – jak to bywało w wielu domach kilkadziesiąt lat temu – i nad moim łóżkiem wisiała słomianka, a na niej pocztówki z Murzynkami. Wstępując do Zgromadzenia Sióstr Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi, marzyłam o wyjeździe do Afryki. Zresztą do dziś, muszę to szczerze przyznać, czuję wielki sentyment do Afrykańczyków i kiedy widzę czekoladową twarz, w moim sercu robi się radośniej.
Przez wiele lat modliłam się za misjonarzy pracujących na różnych kontynentach i myślałam o pracy w Afryce. Trochę czekałam na ten moment, kiedy to będzie mogło się spełnić.
Nasze Zgromadzenie nie ma placówek na tym kontynencie, więc mój wyjazd odwlekał się w czasie. W końcu stwierdziłam, że jeśli moje czekanie jeszcze trochę potrwa, to już nigdy nie będę mogła wyjechać na misję, ze względu na wiek, konieczność nauki języka i przystosowania się do klimatu. Pewnego dnia powiedziałam naszej ówczesnej Matce Generalnej Elżbiecie Kubicy, że jestem gotowa wyjechać do Boliwii. Po rocznym przygotowaniu w Centrum Formacji Misyjnej dołączyłam do naszej wspólnoty w Oruro. Dziś, myśląc o pracy w Afryce i mając niewielkie doświadczenie życia w tropiku – bo mieszkałam w wysokich Andach na prawie 3800 m n.p.m. – mogę powiedzieć, jak wspaniały jest Bóg, który nie pozwolił mi tam pojechać. Komary i inne robactwo bardzo mnie kochają i spodziewam się, że nie byłabym w stanie żyć w ich codziennym towarzystwie. W naszych górach nie miałam takich przyjaciół J.
Jakby wynagrodzeniem moich niespełnionych prag­nień afrykańskich byli mieszkający w Boliwii potomkowie niewolników afrykańskich, Yungas, których od czasu do czasu też mogłam zobaczyć – zachowali swoje afrykańskie korzenie nawet w wyglądzie zewnętrznym
Kiedy wyjeżdżałam z Polski, moja rodzina, przyjaciele znajomi mówili mi: „Pisz jak tam ci jest”. Zaczęłam więc pisać listy ogólne, bo do każdego indywidualnie nie było możliwości i tak powstała jakby kronika mojego pobytu. Nie myślałam o tym, by pisać książkę. Listy były długiem wdzięczności, oczywiście płynącym z serca, dla tych, którzy o mnie pamiętali, za mnie się modlili, a także wspierali materialnie naszą placówkę i dzieła apostolskie. Któregoś dnia, gdy byłam na urlopie w Polsce, na nowo na drodze mojego życia pojawił się ks. Rafał Jarosiewicz, który nie tylko poddał pomysł wydania listów, ale ten pomysł zrealizował. I tak powstała książka.
Tę książkę-listy chcę zadedykować mojej najbliższej rodzinie: rodzicom Halinie i Marianowi Chodzińskim, dziękując im za dar życia, za ich miłość, za trud i wychowanie mnie, za powierzenie mnie Bogu i naszej Matce, Maryi, a także za ich męstwo w przyjęciu mojego powołania zakonnego i misyjnego. Mojemu bratu Adamowi, jego żonie Katarzynie i ich synom: Jakubowi i Antosiowi, dziękując za ich miłość, prawdziwe braterstwo i wsparcie w każdym momencie mojego życia.
Niech sam Bóg będzie dla Was zapłatą za wszystko co od Was otrzymałam, otrzymuję i ufam, że dalej będę otrzymywała.

s. Ewa Gabriela Chodzińska OP




List nr 1
…bo początki nie zawsze są takie trudne
Oruro, 18.09.2008 r.

Kochani moi!

Pozdrawiam bardzo serdecznie, już z Boliwii. Wyruszyłam z Warszawy o godzinie 11.30. Dziękuję wszystkim, którzy w tym dniu towarzyszyli mi na lotnisku: mojej mamie, która była bardzo dzielna, oraz mojemu bratu, który jak zawsze z poczuciem humoru zapytał mnie: „Siostra, a co ty tyle kosmetyków wzięłaś ze sobą, że masz takie ogromnie walizki?”. Dziękuję również moim siostrom z Zielonki i z Grójeckiej, mojemu bratu w Panu i w więzach krwi – Staśkowi, a także rodzicom siostry Miriam.
Dzięki pomocy ojca Kazimierza bagaże udało się nadać od razu do Cochabamba; pan, który je przyjmował, nawet nie wiedział, gdzie to jest. J Potem była pierwsza kontrola bagażu osobistego i oczywiście musiałam otwierać walizkę, bo tam był projektor, a on musi być sprawdzany osobno. Uff, zapinanie jej nie było przyjemne, ale jakoś się udało.
Ojciec Stefan opiekował się mną z największą starannością, więc czułam się bardzo bezpiecznie. Do Frankfurtu lecieliśmy małym samolotem, siedziałam sama przy oknie. Lot bardzo mi się podobał. To jest piękniejsze niż jazda samochodem czy autobusem. Nie miałam żadnych problemów.
We Frankfurcie czekaliśmy aż dziewięć godzin, ale na całe szczęście było z kim porozmawiać i czas aż tak się nie dłużył. Potem znowu kontrola i kolejne wypakowywanie projektora. Kontrola niemiecka potraktowała mnie bardzo pięknie i poza prześwietleniem bagażu nic nie sprawdzali, nawet krzyżyka nie kazali mi zdejmować.
Do Sao Paulo podróżowaliśmy świetnym samolotem brazylijskich linii lotniczych, leciał przepięknie bez żadnych turbulencji. Mogłam się wyspać, bo dwanaście godzin lotu w nocy to najlepsza pora na sen. Wylądowaliśmy około 6.00 rano czasu brazylijskiego. Wcześniej podziwiałam wschód słońca nad Sao Paulo i myślami byłam przy świętym Pawle, bo przecież w tym roku to jego szczególne miasto. Tam rozdzieliłam się z ojcem Stefanem, który poleciał przez Paragwaj, a ja czekałam dziesięć godzin na samolot do Santa Cruz. Czas przeleciał mi bardzo szybko, trochę na modlitwie, a trochę na czytaniu książki. Musiałam załatwić sobie sama wejściówkę do samolotu. Wszystko poszło dobrze, a pan wydający te papiery powiedział, że nawet mogę sobie wybrać miejsce, bo nie ma dużo ludzi. Oczywiście wybrałam to przy oknie. Samolot odleciał piętnaście minut wcześniej niż to było podane na rozkładzie.
W Santa Cruz znowu na dwadzieścia minut spotkałam się z ojcem Stefanem. Zadzwoniliśmy do sióstr, ponieważ okazało się, że polecę dopiero następnym samolotem, gdyż ten, którym miałam zaplanowany, został odwołany. Ostatecznie odlecieliśmy z godzinnym opóźnieniem, ale dotarliśmy szczęśliwie. W Cochabamba była 23.30. Po drodze miałam pierwsze konwersacje po hiszpańsku, ponieważ obok mnie siedziała dziewczynka, która płakała, próbowałam ją jakoś pocieszyć. Na początku zajmowała się nią stewardesa, ale to trwało tylko chwilę. Było mi żal tego dziecka, więc odważyłam się na rozmowę. Na koniec powiedziała mi nawet – ale to pewnie przez grzeczność – że całkiem dobrze radzę sobie z hiszpańskim. J
Na lotnisku czekali na mnie siostra Joanna z Asensio i kierowca od biskupa, który nie mógł przyjechać osobiście. Bagaże przyleciały razem ze mną. Natychmiast wyruszyliś­my do Oruro. W domu byliśmy około 3.00 nad ranem. Biedne siostry, ponieważ z tego powodu miały zarwaną noc. Ostatecznie spać poszłyśmy około 5.30. Wstałam po 10.00, zjadłam śniadanie i pojechałyśmy do biskupstwa, bo tego dnia ksiądz biskup obchodził swoją trzecią rocznicę konsekracji. Był obiad dla wszystkich księży z diecezji, na którym był obecny także nuncjusz apostolski. Tam miałam okazję poznać niektórych kapłanów naszej diecezji.
Wieczorem w katedrze była sprawowana Msza Święta dziękczynna, w której oczywiście uczestniczyłyśmy. I ku mojej radości rozumiałam prawie wszystko, co mówił biskup. Siostry niczego nie musiały mi tłumaczyć. Jeśli chodzi o Mszę Świętą, to rozumiem już wszystko, zupełnie bez problemów – tu ukłon w kierunku naszej lektorki Ewy. Natomiast o wiele trudniej jest mi mówić, ale ufam, że i z tym sobie poradzę. Mam już umówioną nauczycielkę i od przyszłego tygodnia zaczynam z nią konwersacje.
Dziś byłyśmy na Mszy Świętej w kościele parafialnym, potem zakupy na mercado, tzn. na rynku, a następnie poszłyśmy obejrzeć wystawę w przedszkolu. Zaprosiła nas na nią sama pani dyrektor. Dziś też na chwilę odwiedził nas ksiądz Sebastian. Teraz siostry są w pracy, a ja wykorzystuję ten czas i piszę list, bo wiem, że wiele osób na niego czeka.
W domu cały czas mamy robotników. Teraz poprawiają parkiet w moim pokoju, bo okazało się, że częściowo odchodzi. Z tego powodu mamy totalny śmietnik, wszędzie pełno kurzu, ale jakoś to przeżyjemy, oby parkiet już nie chciał się odklejać kolejny raz. J
Rozpakowałam się już trochę, ale teraz czekam, aż robotnicy wyjdą z mojego pokoju. Czekam też na walizkę, którą zabrał mi ojciec Stefan.
Jeśli chodzi o moje samopoczucie, to na razie jest super. Co prawda brałam tabletki na chorobę wysokościową, ale nie boli mnie głowa, nie mam problemów z oddechem, tylko wieczorem, gdy kładę się spać, to czuję, że szybko bije mi serce, ale jak chwilę poleżę, to zaraz się uspokaja.
Ogromne wrażenie zrobili na mnie ludzie w Oruro. Niesamowite było to, jak mnie witali, jak wyrażali radość z tego, że tu jestem. Jedna pani, która akurat była chora, dzwoniła do nas, pytając, kiedy będzie mogła poznać nową siostrę.
Żałuję, że jeszcze tak mało mogę do nich swobodnie powiedzieć. Czuję się tu jak w domu, siostry przyjęły mnie z wielką życzliwością, zapoznają mnie z ludźmi, z domem, z tym wszystkim, co powinno być dla mnie ważne.
Dziękuję Bogu, że mogę tu być. Ufam, że jak teraz daje mi siłę, tak będzie mi ją dawał na dalszy czas.
Dziękuję każdemu z Was za modlitwę, zarówno w czasie przygotowania, jak i podczas podróży. Proszę o dalszą, bo wiem, że wszystko jest możliwe tylko dzięki łasce Bożej.
To na dziś tyle, pozdrawiam wszystkich serdecznie i czekam na wiadomości od Was.

Que Dios los bendiga! Hermana Gabi
Niech Was Bóg błogosławi! Siostra Gabriela

Opinie użytkowników
Zapytaj o produkt:

Jeżeli powyższy opis jest dla Ciebie niewystarczający, prześlij nam swoje pytanie odnośnie tego produktu. Postaramy się odpowiedzieć tak szybko jak tylko będzie to możliwe.

Pola oznaczone gwiazdką są wymagane
Zamknij
Jplayer
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel